Mężczyźni to zadaniowcy. Kiedy widzą metę, chcą przez nią przebiec najszybciej jak się da. Dla wielu z nich znalezienie się z dziewczyną w zaciszu własnej sypialni to sygnał, że „robota skończona” i można włączyć tryb autopilota prosto do łóżka. Rzucają się na kobietę z namiętnością, która bardziej przypomina atak paniki niż sztukę uwodzenia.
A u niej w głowie właśnie zaczyna świecić się czerwona lampka.
Uwodzenie to gra w szachy, a nie wyścig na setkę. Z punktu widzenia psychologii kobiety, zbyt szybkie przejście od rozmowy do seksu wzbudza poważny dyskomfort. Ona potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. Potrzebuje iluzji, że to wszystko wydarzyło się „zupełnie przypadkiem”, że oboje straciliście nad sobą kontrolę, a nie że była to z góry zaplanowana akcja drapieżnika.
Jeśli zaatakujesz za wcześnie, ona włączy mechanizm obronny. Wykręci się, obróci głowę, a w najgorszym wypadku stwierdzi, że musi wracać do domu, zmuszając cię do przechodzenia przez żmudne Testy Gotowości (LMR), których można było łatwo uniknąć.
Jak powinno wyglądać mityczne wyczucie czasu? Gdy docieracie do mieszkania, zachowuj się tak, jakby seks był ostatnią rzeczą, o jakiej myślisz. Włącz cicho muzykę, podaj wino lub herbatę i… zajmij się na chwilę czymś innym. Odłóż klucze, pogłaszcz psa, przynieś przekąski. Rozsiądź się wygodnie na kanapie, nie przylegając do niej zbyt blisko.
Rozmawiaj normalnie, urealniaj się (opowiadaj prawdziwe historie), daj jej czas na oswojenie się z przestrzenią. Jeśli w tym czasie utrzymasz napięcie przez drobny kontakt fizyczny i chwile milczenia z intensywnym kontaktem wzrokowym, ona sama zacznie odczuwać potrzebę skrócenia dystansu. Kiedy inicjatywa wyjdzie z jej strony – np. przysunie się bliżej lub dotknie twojego ramienia – masz zielone światło. Wtedy wasz pierwszy pocałunek nie będzie desperackim atakiem, ale naturalnym rozładowaniem zbudowanego, gęstego napięcia.