Największym problemem większości sfrustrowanych, samotnych facetów jest to, że każdą, nawet najdrobniejszą interakcję z kobietą, traktują jak walkę o życie. Zagadują do dziewczyny w barze i w ich oczach widać komunikat: “To musi się udać! Oby tylko dała mi numer! Oby się do mnie uśmiechnęła!”
Jeśli tak się zachowujesz, emitujesz na kilometr zapach desperacji. Odrzucenie w takiej sytuacji staje się życiową tragedią, dlatego z paniki zachowujesz się jak grzeczny, nudny potakiwacz i zaliczasz widowiskową klęskę.
Naturalnie pociągający faceci posiadają cechę, którą w psychologii nazywa się Mentalnością Obfitości. Zjawisko to sprowadza się do prostego wbudowanego w głowę przekonania: „Mam w życiu tyle opcji i tyle kobiet, że naprawdę wisi mi to, czy ta konkretna dziewczyna mnie odrzuci, czy pójdzie ze mną do łóżka.”
Nawet jeśli fizycznie wcale nie sypiasz teraz z wieloma dziewczynami, musisz wyrobić w sobie fałszywą pewność (tzw. “Fake it ’till you make it”), że jesteś w połowie drogi do raju. Jak to wypracować? Traktując flirtowanie w życiu codziennym jak formę ćwiczenia na uodpornienie organizmu.
Nie idziesz do klubu z misją znalezienia sobie “dziewczyny na wieczór”. Idziesz do klubu, robisz w ciągu godziny piętnaście krótkich “otwarć” i rozmów ze wszystkimi dziewczynami, z góry zakładając, że za 3 minuty sobie pójdziesz i z żadną z nich nie wrócisz. Zagadujesz do kelnerki, pytasz o coś dziewczynę w kolejce do toalety, rzucasz żart laseczkom przy barze. Twoim jedynym celem ma być świetna zabawa i robienie eksperymentów społecznych.
Gdy twój mózg uświadomi sobie, że “zagadanie do laski” nie wiąże się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem i jest tak samo normalne, jak oddychanie, nagle wyzbędziesz się całej presji na wynik. Przestaniesz się ociągać, przestaniesz analizować. A co najlepsze – to ten brak spiny i totalny luz (“Wisi mi, czy wyjdzie”) jest tym elementem, który dla kobiet u mężczyzny jest najsilniejszym magnesem. Gdy przestaniesz je gonić, one zaczną gonić ciebie.